Wywalam służbowo jutro do Wawki.
Kto by pomyślał, że będę odbywać takie podróże z wciąż obgryzanymi paznokciami?
Uczestniczyłam ostatnio w rekrutacji do działu, w którym pracuję. Siedziałam naturalnie z tej drugiej, lepszej strony... I muszę przyznać, że to mega ciekawe doświadczenie.
Po pierwsze, rekrutacja była grupowa, w niewielkiej salce zgromadziliśmy 8 osób.
Po drugie, dziewczyna, która wchodząc uśmiechnęła się do mnie miała zdecydowaną przewagę nad innymi (serio!).
Po trzecie, NIE SPÓŹNIAJCIE SIĘ i nie wychodźcie siku na rekrutacji. Miłym jest też akcentem nieprzychodzenie w dresie. :>
Po czwarte, odrzucaliśmy tych, którzy kłamali (a udało się bez problemu kłamstwo zweryfikować) i tych, którzy twierdzili, że z nimi na pewno nie będziemy się nudzić, bo będzie wesoło. Cholera, rekrutowaliśmy do pracy biurowej wymagającej skupienia, nie do kabaretu.
Więcej uwag nie mam. Podsumowując: przyjęliśmy 4 osoby. Czyli wszystkich normalnych. Odezwało się jednak moje dobre serce, nad którym pracuję ostatnio, i chciałam wziąć chłopaka tylko dlatego, że biedny, bo tak długo szuka pracy... Sprowadzono mnie na ziemię bardzo szybko, life is brutal, a chłopak jeszcze poszuka (trzeba było się spóźniać?)...
Od czasu ostatniego wpisu sporo się zmieniło.
Praca - dostałam awans i dołączyłam do grona jebniętych managerów (całe szczęście, że mój dział nie musi "cisnąć wyników").
Blog - stuknął kolejny rok. Niepostrzeżenie.
Życie - płynie jakoś, dziwnie tak.
Pojechałam na firmową imprezę. A tak, właśnie. Jakoś nie spodziewałam się, że po pół roku pracy w TEJ FIRMIE zaproszą mnie w góry, do do hotelu ****, nakarmią i napoją za ICH pieniądze. Jak to zwykle w (mym) życiu bywa, wyjazd akurat mojej osoby był po części dziełem przypadku, ale nie o tym.
Impreza zamknięta. Sami menagerowie, trenerzy, kadra zarządzająca i kontrahenci plus kilkunastu szeregowych pracowników (ja należę do jeszcze innej kategorii, bo o ile też jestem z tych szeregowych, to JA AKURAT nie przynoszę zysków, JA BYĆ MUSZĘ, bo tak). Żeby nie było zbyt pięknie to napiszę, że w tej firmie menagerów jest od cholery i nie są to menagerowie Z PRAWDZIWEGO zdarzenia. Nie są tacy jak w filmach i nie zarabiają kokosów. To po ptostu ludzie, którzy mają za zadanie ułożyć pracę dziesięciu osobom i tyle. A jednak dupy noszą wyżej niż głowy. Na imprezie obowiązywał styl casual, z angielskiego : swobodny (a nawet "niedbały"). Było tak zajebiście swobodnie, że okazałam się jedyną posiadaczką jeansów. Królowały falbany, wielkie dekoldy (w końcu jeden z prezesów jest kawalerem!) i długość MINI.
Ale do meritum. Chciałam napisać, jak bardzo zdziwiła mnie moc takiej imprezy. Ludzie, którzy przychodzili do pracy w czwartek i mówili "ja pierdolę, znów w tej cholernej robocie, za 12 złotych za godzinę, bez premii, gdzie znów klimatyzacja wysiada, a ci, tam, na górze zamiast zainwestować i naprawić to cholerstwo woleli kupić rolety i powpierdalać do jebanych okien, żeby nie raziło jebane słońce, a tym samym było ciut chłodniej. Mam dość tej firmy, kurwa mać. Te jełopy znów nie zrobiły normy, nie będzie wyników, nie będzie premii, nie będzie niczego!". (Czy kogoś Wam to przypomina?) No to CI LUDZIE skandowali w sobotę naprawdę głośne hasła wychwalające zajebistość firmy X. Cieszyli się, klaskali, gdy prezes mówił o godnym życiu i lekkiej pracy. CI LUDZIE byli naprawdę zadowoleni, że zaszli "tak daleko" i że jeszcze dalej zajdą, bo TA FIRMA daje im zajebiste możliwości rozwoju osobowości i nie tylko. Przez moment nawet sama uwierzyłam, że w TEJ FIRMIE jest zajebiście. Ale potem podniosłam kieliszek i wypiwszy go, stwierdziłam, że starczy, że dość tego cyrku na dziś.
Żeby było jasne - ci szeregowi pracownicy, których się pomija, wyzyskuje, miesza z błotem zarabiają trochę ponad 7 zł. za godzinę. A menager jest gówno wart.
Wirtualna Księga Gości
Wpisz się
Spójrz